Jadwiga Pietrusińska - "Wielkopolska wieś muzykuje" - Prosta Droga, 12.12.1935, nr 41 i 19.12.1935, nr 42

... adwent nad światem przeszedł, po wsiach cicho było, ani śpiewki, ani skrzypek z żadnej chałupy nie usłyszyłeś.. Boć to i grzech wielki się radować, póki Pan nam na ziemię nie przyszedł. Wielkopolska wieś także milczy. Schludne, obszerne, a nierzadko i z pięknej czerwonej, cegły wystawione chaty wielkopolskie patrzą dużemi szybami swych okien na lasy i gęsto rozsiane jeziora, na żyzne pola, odpoczywające po trudach lata, na piękne trakty i drogi, łączące zamożne wsie z czystemi, porządnemi miasteczkami.

Rychło jednak pryśnie ta cisza; niech tylko adwent przejdzie, a wnet wybuchnie po wielkopolskich wsiach muzyka! Czysta, stara, a tak rzetelnie polska i słowiańska, jak rzetelnie polski i słowiański jest sam lud wielkopolski. I nie zamilknie ta muzyka; aż do postu rozsadzać będzie swą siłą ściany chałup weselnych i brzmieć po gościńcach; w lecie i na jesieni usłyszysz ją na „wieńcach”, dożynkach i po „wesołach“, (weselach) aż ustanie wreszcie w następnym adwencie.

Dwa starzy „Gracze” wielkopolscy z Czempina (pow. kościański)

A my tymczasem ciągle tu sobie opowiadamy, że lud w Polsce wogóle jest niemuzykalny, że jeszcze gdzieś tam na Wileńszczyźnie, na Podolu, to może i trochę śpiewa, ale w Wielkopolsce? co oni tam mogą mieć? - parę walczyków niemieckich i tyle! Wogóle, ciężki i solidny poznaniak nie pasuje nam jakoś do śpiewania. Opowiadamy tak sobie, nie wiedząc, że w Wielkopolsce właśnie nie ginie starodawna piosenka ludowa, nie chwieje się pod naporem tang i fokstrotów; zbyt silnie wgryzła się przez wieki całe w lud wielkopolski, żyje w nim spokojnie i pewnie, przechodząc z ojca na syna, z dziada na wnuka. A obok pieśni żyje u ludu wielkopolskiego pradawny instrument, który w innych dzielnicach Polski dawno już zaginął. Są to dudy.

Kiedyś, dudy były instrumentem w całej Polsce rozpowszechnionym. W 16-tym wieku grali na nich nasi „panowie szlachta” z modrzewiowych dworów, nierzadko i na magnackich zamkach dudy rozbrzmiewały. Dziś ostały się tylko w niewielkiem skupieniu na Huculszczyźnie, na Podhalu, na Śląsku, w okolicach Żywca, mocne zaś i zwarte królestwo uczyniły sobie z ziemi wielkopolskiej. Tu rozsiadły się między biegiem Warty, a naszą granicą państwową.

Bardzo proste są te dudy wielkopolskie: mały mieszek (podobny do tych, jakiemi kiedyś żar w samowarach rozniecano), poruszany prawem ramieniem dudziarza, pompuje powietrze do wora, uszytego ze skóry koziej. Wór ten, stanowiący zbiornik powietrza, uciskany jest lewem ramieniem dudziarza. Przez ucisk—powietrze wtłoczone zostaje do dwu piszczałek stroikowych, osadzonych w worze. Jedna piszczałka, krótsza, służy do wygrywania melodji, zwana też jest „przebierką”, bo po niej przebierają palce dudziarza. Druga piszczałka, długa, wydaje niski, stale burczący toń, stanowiący akompanjament. Jest to tak zwany „zadni róg” dudów, albo „bas”.

Każdy, szanujący się dudziarz, gra zawsze w duecie ze skrzypcami; „samemu — to nijako się słyszy, ze skrzypkiem to dopiero jest tako muzyka, jaka mo być” — powiadają nasi gracze. Dudziarzy nazywają w Wielkopolsce pięknie, po staropolsku „graczami". Wesoły to naród ci gracze... Na weselu, albo innej zabawie zawsze se siędą w kącie izby, wysoko, na stołkach, postawionych na stole i urżną od ucha, z góry patrząc na roztańczonych weselników. Sypią się „starodawne kawałki', starodawne tańce — „przodki”, „oberki", „wiwaty”, „chodzone”! Każda nowa para, wchodząca w taniec, po kieliszku monopolówki do graczy przepija, a gracze nikomu nie mogą przepicia odmówić. To też głowy mają kapitalnie mocne! muszą takie mieć, bo muzykantowi „nijak upić się nie godzi”; dudziarz jest bowiem duszą, regulatorem zabawy! Dzielny gracz, chociażby już do każdego weselnika przepił, jeszcze, chwacko przytupując, puści na izbę skocznego wiwata, jako ten np:


W odpowiedzi sypać się zaczynają wesołe przyśpiewki:


W szalonem tempie wytryskują z pod zwinnych palców dudziarza piskliwe, a donośne tony, posplatane w zawrotne wywijasy, coraz to inne, coraz to barwniejsze. Dudy są panem zabawy!

Ciężka to jednak praca grać po „wesołach”.

Nie każdy może poradzić. Odrobienie „wesoła” jest dla młodego dudziarza patentem jego dojrzałości muzycznej. A jednak 13-to, 15-to letni chłopcy już grywają na weselach, jako dudziarze starzy zaś gracze mają w swoim dorobku po kilkaset „wesół” i zabaw.

Nie w całej Wielkopolsce panują te małe, zwinne, a piskliwe dudki. Nad samą granicą niemiecką, w okolicach Zbąszynia i Wolsztyna króluje spokojniejszy i bardziej melancholijny instrument. Jest to „kozioł", rodzony brat dudów, tylko roślejszy i poważniejszy. Wspaniały to i niezwykły instrument! Dawne pamięta on czasy... czterysta lat z okładem panuje na wielkopolskiej ziemi. Sławili go w dawnych wiekach najprzedniejsi muzycy zagraniczni, znając go pod nazwą „polskiego kozła”. Wielkie też on niegdyś posiadał królestwo; dzisiaj jest ono malutkie, ale jakże jednolite i silne! On jeden tylko i wyłącznie w niem króluje! A wygląd ma kozioł zaiste królewski: duży, o wiele większy od dudów, szczyci się pięknemi, godnemi kozła rogami i wielkim worem, uszytym ze skóry całej kozy, o długiem, białem włosiu. Biała sierść i białe rogi to jego cała duma!

Piękny kozioł wielkopolskiego gracza z nad granicy niemieckiej — wieś Wąchabno - pow. wolsztyński

Odpowiednio do tej godnej postawy i głos kozła jest spokojny, głęboki, dzwonowy niemal, pełen szlachetnej poezji i elegijności. Podczas gdy małe dudki wyrzucają z siebie krzykliwe tony, naładowane temperamentem gracza — kozioł nizką i ciągliwą melodją towarzyszy młodej parze do ślubu i od ślubu, lub wypełnia jędrnem, nieco powolnem brzmieniem izbę weselną. Skrzypce są i jego stałym towarzyszem.

Wielkopolski koźlarz z Grójca Małego — pow. wolsztyński

Chociaż i kozioł i dudy mocno wszczepione są w ziemię wielkopolską — to jednak dla wielu zawodowych graczy, żyjących ze swego instrumentu, zabraknie nieraz zarobku wśród swoich. Bieda, coraz mniej zabaw; dziedzice większych majątków nie mają za co urządzać „wieńców", tyle co te „wesoła" pozostają. A i to zarobek niewielki, dadzą za granie, ze trzy albo pięć złotych... Ha! to idą nasi gracze u obcych szukać zarobku. Zabierają ze sobą skrzypki i na całe tygodnie wychodzą „na podróże". Wędrują od wsi do wsi, od miasteczka do miasteczka i grają ludziom. Wybierają, oczywiście, okolice, w których dudy i kozły nie są znane; ludzie więc, z ciekawości samej, słuchają i gęsto rzucają groszaki. Zarobić pono można na podróżach nieźle, zwłaszcza, jak się pójdzie do większych miast, na Pomorze, albo do „letników" w Gdyni, Helu i w Jastarni, albo znów do Częstochowy. Bardzo wielu wielkopolskich graczy tak wędruje.

Starzy — to już nie mogą poradzić tak po podróżach chodzić. Zostają wśród swoich i grają sami sobie, „guli uciechy“; albo zajmują się budowaniem dudów lub kozłów. Każda okolica posiada takiego mistrza-budowniczego, który zwykłym chłopskim kozikiem umie pięknie całe dudy wystrugać. Większość zawodowych budowniczych posiada jednak tokarkę, którą sobie każdy z nich sam zbudował, dokupił do niej parę noży, pilników i to cały jego warsztat. Jeszcze parę kóz na skórę do worów wyhoduje i ma wszystko, co potrzeba. Sam wybierze odpowiednie drzewo, sam je wysuszy, ostróże, sam skórę wyprawi i wór uszyje. Oczywiście, każdy budowniczy posiada swoje fachowe tajemnice; „swojom głowom” do nich doszedł, albo odziedziczył je po pradziadzie. Tajemnice też mają i sami gracze w swej sztuce dudlenia. Są tacy, co umieją na innego gracza takie „czary” rzucić, że tamten „ani weź! ni jedego kawołka ugroć nie będzie móg! Palce zaro mu zesztywniejom, melodyje pomelo...“ Jeden drugiemu na złość takie czary zadać potrafi. Albo jeden jest taki, co dudy powiesi na kołku, na ścianie i krzyknie tylko: „Jasiu! zagroj ino jednego"! i dudy same grają... Takie krążą po Wielkopolsce opowieści...

Ha! Starzy dudowie, co ich dziady i pradziady od wieków dudziarzami zawołanymi byli, odziedziczyli po nich takie sztuki tajemne. Obce mu ich nie zdradzą. Tkwią one pod świętą tajemnicą w starych rodach muzykanckich. Takich zasiedziałych rodów muzykanckich wiele jest dzisiaj w Wielkopolsce. Ich sztuka dudlenia, całe bogactwo czystej, źródlanej i niczem nieskażonej muzyki ludowej, przechodzi na młode latorośle rodów dudziarskich, na młode ich pokolenia.

A my... ciągle jeszcze mówimy o zimnej, w chleb powszedni tylko zapatrzonej i niemuzykalnej, wsi wielkopolskiej.

mgr. Jadwiga Pietruszyńska


©Rafał Miśta - Dudziarstwo.pl 2025