Jerzy Probosz - "Niknące zawody III." - Gwiazdka Cieszyńska, 1930 r., nr 15

Z końcem stycznia b. r. jechaliśmy małą grupką w swych góralskich strojach na dzień śląski do radiostacji w Katowicach. Skoro przyjechaliśmy do Bielska, tośmy się zdziwili — całe masy ludzi podziwiało nasz strój, tak, jak gdyby nikt nie miał pojęcia, że są jeszcze na Śląsku górale. A na Górnym Śląsku to nas każdy pytał o Zakopanem i nikt nam wierzyć nie chciał, żeśmy też Ślązacy.

Wprawdzie nieliczni już dzisiaj są rdzenni górale, lecz na każdą uroczystość stroi się jeszcze chłop nasz z Istebnej, Jaworzynki i Koniakowa do swych guń, bruclików i nogawic. A że strój ten niknie, to nie wina chłopa, lecz to wina tych, co chłopu sałasze odebrali i przez to odcięli góralom możność utrzymania owiec, bez których wełny góral swego stroju utrzymać nie może.

Że chłop nasz szanuje swą przeszłość i ceni zabytki, świadczy o tem fakt, że mimo ogólnej popularności „plechów" czy „trombów“ lub innych nowożytnych instrumentów muzycznych, jescze dzisiaj spotkać można w Istebnej „gajdoszy“. Coprawda zawód gajdoszy jest może u nas prawdziwie „niknącym zawodem“, gdyż Istebna ma dzisiaj tylko jednego gajdosza czynnego (Jan Krężelok, zwany „Skutniorzym“ — od skotnia, t. j. potok, więc mieszkający u potoka), a Koniaków także jednego (Michał Sikora, zwany Michoł z Małączki).

Nieznani są twórcy gajdów (gajdy — kobza — dudy). Prawdopodobnie zbieg jakiś z dworu, uchodząc w góry, przyniósł z sobą skrzypce, zwane u górali „hószle“. W odwiecznych borach grał tedy smętnie na skrzypcach. Dawniejszy osadnik, czujący się już lepiej w dzikim żywiole, stworzył mu akompanjament. Zabił dwie kozy, odarł z nich skóry, nie rozpruwając, obrócił włosem do środka, do tylnego otworu przymocował „chók“, do przedniego „rożek z piszczołkóm", a do bocznego otworu uczepił „dymoczek", zrobiony ze skóry drugiej kozy, służący do napełniania gajdów powietrzem. Do „chóku“ i do rożka wsadził piszczki, zrobione niezgrabnym kozikiem z szaszyny, rośliny. rosnącej dziko koło stawów i zatok wodnych, a instrument był gotowy. Nie zapomniał twórca i o ślicznym ornamencie, zdobiąc nim cały „chók“.

I jak artystą swego rodzaju był twórca gajdów, tak samo artystami są gajdosze. Bodaj który instrument tak trudno jest opanować, jak gajdy. Znakomici kapelmistrze próbowali grać na gajdach i chociaż świetnie grali na innych instrumentach, to kiedy na gajdach grać zaczęli, to wszystkie psy wyły. A nasz prawdziwy gajdosz, to znaczy taki, który ma zdolność wrodzoną, ileż on to tonów wydobędzie z tego prawdziwie dzikiego instrumentu. Raz grajkowi gajdy huczą, niby nawałnica olbrzymia, wywalająca stuletnie drzewa, to znów mu gajdy szemrzą, niby strumyk do rzeki śpieszący, to znów gajdosz przyrządza swemu skrzypkowi, niby mężczyzna rozkosznie marzącej kobiecie, lub słyszysz śmiech taki, że zdaje ci się widzieć góralkę szczerze chichocącą, a znów czasem gajdosz spuści ton smutny, jakby mu matka umarła.

Przed pół wiekiem na każdem weselu grali gajdosze, a grupki górali wszędzie szły z gajdami. Raz szli chłopi, skontraktowani na rębaczy, na Babią Górę i grali sobie na gajdach, by im się droga nie dłużyła. Gdy przyszli na miejsce, mieli nocować w karczmie. Gospodzki miał psa-wilczura i stawiał do zakładu beczkę piwa temu, kto psa z gospody potrafi wypędzić. Gajdosz roześmiał się tylko i nadąwszy gajdy, puścił je tak niesfornym tonem, że pies tylko zaskomlał i wybiwszy okno, uciekł, nie pokazując się więcej, póki górale byli w karczmie.

Pisałbym chętnie tom cały o gajdach i gajdoszach, lecz czeka jeszcze cały szereg niknących zawodów.

Jerzy Probosz


©Rafał Miśta - Dudziarstwo.pl 2025