Jan Horowski - "Dudy brzęczą - skrzypce grają (Na marginesie monografii Jadwigi Pietruszyńskiej)" - Kurjer Poznański, 29.12.1936, nr 599

Biedne dudy, doczekały się monografji! Już chyba kończy się ich żywotność, pomyślałem na pierwszą wiadomość o monografji Pietruszyńskiej p. t. „Dudy wielkopolskie“.

Znam i słyszałem dudy od dziecka. Głos ich zawsze nastrajał mnie dziwną melancholją i tęsknotą, uczuciem towarzyszącem wielkopolskiej równinie. Byłem na wielu weselach wiejskich, gdzie grały dudy. Sam na wsi urządzałem zabawy ludowe „na dudach“, ale nigdy nie przypuszczałem, że taka jest jeszcze ich żywotność w Wielkopolsce i takie mnóstwo praktykujących dudziarzy. Pani Pietruszyńska wylicza 215 dudziarzy i 20 koźlarzy, a sama, przejeżdżając na rowerze trasę 1200 km, zbadała 109 dudziarzy i koźlarzy. Ta autopsja i oparta na niej dokładność i fachowość badań są największą zaletą pracy autorki. Przy takiej liczbie dudziarzy uzasadniony jest oczywiście jej wielki optymizm, jeśli chodzi o przyszłą żywotność dudziarzy. Autorka dokonała pod tym względem poprostu odkrycia, bo taki specjalista w tej dziedzinie, jak prof. Chybiński, uważa dudy wielkopolskie za wymarłe...

Mimo wszystko zdaje mi się, że żywotność dudów wielkopolskich jest poważnie zagrożona. Starzy ludzie nie mogą coprawda odżałować, że ta „polska muzyka", jak mówią, idzie w zapomnienie, ale młodzież przeważnie śmieje się z niej. Bo trzeba wyraźnie odróżnić sąd dudziarzy o sobie samym od sądu reszty ludności wiejskiej.

My, Wielkopolanie, powinniśmy być dumni z tej kultury muzyki ludowej i jej bogatej i daleko sięgającej tradycji. Z tem łączy się jednak obowiązek naszej inteligencji większego zainteresowania się tą sprawą. Ziemiaństwo wielkopolskie o ile możności winno na dożynki sprowadzać dudziarzy. Na różnych festynach ludowych powinny grać choć częściowo dudy.

Najwięcej jednak zdziałać tu może radjo! I to przedewszystkiem Rozgłośnia Poznańska! Jeżeli z okazji różnych reportaży (jakże niekiedy nędznych) przed mikrofonem stają najróżniejsze osoby, to dlaczego przynajmniej raz na miesiąc nie możnaby urządzić koncertu dudów ze skrzypkiem, możliwie z odpowiednią interpretacją? Mamy dudziarzy w samym Poznaniu i najbliższej okolicy. Możnaby z tem połączyć jakieś obrzędowe pieśni ludowe. Tu jednak miałbym zastrzeżenie, by pieśni te wykonali nie artyści, lecz chłopi (przynajmniej raz po raz). Będzie to mniej artystycznie, lecz oryginalniej. Taki prawdziwy folklor muzyczny Wielkopolski zainteresuje nietylko ludność wiejską, ale i inteligencję całej Polski! Z propozycją takiej audycji zwróciłem się przed półtora rokiem do Radja Poznańskiego i czekam na odpowiedź do dziś... A przecież Warszawa nadaje audycje, wykonywane przez aktorów ludowych.

P. Pietruszyńska wydobyła wszystko, co od ludu o dudach wydobyć można. Autorce udało się nawet zdobyć pewne arkana z zakresu budownictwa tego instrumentu. Poza tem stwierdza ona istnienie jeszcze do niedawna w Wielkopolsce instrumentu, podobnego do dudów, zwanego siesienkami, oraz pewnego gatunku małych dudów, nazwanych przez prof. Kamieńskiego „dudkami doślubnemi“, ponieważ grano na nich na ślubie w drodze do i z kościoła.

Przywiązanie starszej generacji ludu do dudów jest bardzo wielkie. Reakcja na tę muzykę jest natychmiastowa. Wystarczy, że duda (dudziarz) i skrzypek zaczynają stroić swe instrumenty a już „dziewki chcą tańczyć, chłopcy w miejscu nie dostoją“. Właśnie to „strojenie“ wytwarza odrazu odpowiedni nastrój.

W miarę postępującego zobojętnienia dla dudów wśród ludu, zaczyna się niemi interesować ludność dzielnic, w których ten instrument nie jest znany, jak np. na Pomorzu. Według p. Pietruszyńskiej, cieszą się dudziarze wielkiem zainteresowaniem w naszych kąpieliskach nadmorskich. Należy tylko to zainteresowanie odpowiednio wyzyskać, zareklamować i zorganizować.

Na terenie Wielkopolski w okolicach Wolsztyna i Zbąszynia używany jest instrument podobny zupełnie do dudów, zwany kozłem. Różni się on od dudów przedewszystkiem większemi rozmiarami, a nazwę swą zawdzięcza worowi rezerwoarowemu, zrobionemu ze skóry kozła, na której zostawiono długie włosie.

Autorkę dziwi fakt, że kozła nie notuje w Wielkopolsce Kolberg, i wyciąga z tego wniosek, że Kolberg widocznie osobiście tego terenu nie badał i dlatego „kozioł pozostał Kolbergowi nieznany“. Mnie osobiście nasuwa się inne wytłumaczenie tego faktu. Ludzie, zwłaszcza z inteligencji, nie znający dokładnie dudów, nie odróżniają dudów od kozła i jeden i drugi instrument nazywają „dudami“. Można się z tem spotkać nawet wśród ludu. Dopiero na bliższe zapytanie — osoby odróżniające dokładnie te dwa instrumenty — odpowiadają, że to „kozioł“ grał. O takiem pomieszaniu, terminów u Kolberga świadczy także cytowane przez autorkę zdanie Kolberga (Poznańskie II. str. 101): „Skrzypek w towarzystwie dudy czyli k o ź l a r z a gra między innemi marsza weselnego“. A więc Kolberg na oznaczenie kozła używał poprostu nazwy „dudy".

O ile z jednej strony koźlarze uważają (wedug zdania autorki) swój instrument za lepszy i doskonalszy od dudów, o tyle z drugiej strony ludność n. p. okolicy Wolsztyna — wiem to i bliskiej obserwacji — chętniej słucha dudów, a to dlatego, że „kozioł tak beczy".

Praca Jadwigi Pietruszyńskiej jest bardzo cennym nabytkiem w zakresie badań nad folklorem (w tym wypadku muzycznym) Wielkopolski. Jest to zasługą zarówno Instytutu Zachodnio-Słowiańskiego U. P., którego nakładem praca się ukazała, jako też i prof. Ł. Kamieńskiego, który przy ZaKładzie Muzykologii U. P. sam dał początek badaniom polskiego folkloru muzycznego oraz stworzył atmosferę, sprzyjającą takim studjom i natchnął swych uczniów i uczenice, do których należy także p. mgr. Jadwiga Pietruszynska, zamiłowaniem w tym kierunku.

mgr Jan Horowski


©Rafał Miśta - Dudziarstwo.pl 2025