Adolf Chybińskie - "Dudy" - Orkiestra, X-XI 1933, nr 10(37), 11(38) i 12(39)

I.
Instrument muzyczny ludowy, o którym mowa w tym artykule, należy do grupy instrumentów dętych i bywa przez dawnych pisarzy polskich i przez lud polski nazywany dudami, niekiedy gajdami, bardzo zaś rzadko - i to tylko w dawnych czasach - kozą lub kozłem. Są to nazwy autentyczne. Natomiast wśród sfer nieludowych, "oświeconych", spotykamy się z błędną i niczem nieuzasadnioną nazwą: "kobza". Od wieków nazwa "kobza" oznaczała i oznacza instrument strunowy, używany jeszcze powszechnie na Rusi, Ukrainie, częściowo na Węgrzech i w Rumunji, instrument spokrewniony z dawną mandolą i mandorą, bandurą i t. p. Swego czasu był to instrument popularny zwłaszcza na ziemiach małopolskich, na których właśnie przeszczepiono nazwę "kobzy" na dudy, nazywane dawniej także "kozą". Ta ostatnia nazwa ma swe uzasadnienie: worek skórzany, służący do nadymania powietrza w dudach, sporządzano ze skóry koziej, główka zaś drewniana, zamykająca niejako worek i tworząca osadę rurki z otworami do grania, posiadała zawsze i do dziśdnia posiada kształt główki koziej z różkami. Niemniej i barwa tonów w dudach bywała i bywa porównywana z głosem beczącej kozy. Należy zatem odrzucić nazwę "kobza" dla oznaczenia dud; jeśli zaś i w ludowym języku (podhalańskim) spotykamy się z tą fałszywą nazwą, to mamy w tym wypadku do czynienia z nalotem terminologicznym, którym lud zmuszony jest posługiwać się ze sferami "oświeconemi". W rozmowie z dwoma ostatnimi dudziarzami na Podhalu nie słyszałem nigdy wyrażenia "kobza", natomiast zawsze "dudy" a rza­dziej "gajdy". Te same wyrażenia używane są wy­łącznie w nowszych i dawniejszych tekstach ludowych pod Tatrami i w Żywiecczyźnie.

Zatrzymajmy się nieco dłużej przy tych wyrazach! Znajdujemy je dla oznaczenia tego samego instrumentu również w innych, przedewszystkiem zaś wschodnich językach. Nasze "dudy" - to tureckie "düdük", jakkolwiek w języku tureckim słowo to nie odnosi się bezpośrednio i wyłącznie do in­strumentu zwanego dudami. Nasze i słowackie "gaj­dy" - to odnośnik do tureckiego wyrazu "ghaida", znanego też Arabom i krajom południowym od Bałkanów po Hiszpanję­ ("gaita"). Wyraz ten odnosił się pierwotnie do oboju. Należy bowiem zauważyć, że wprawdzie klarnetowe piszczałki są w dudach różnych krajów przeważające, jednakże dziś jeszcze tu i ówdzie (n. p. we Włoszech i Dalmacji) są używane dudy z piszczałkami obojowemi. Nazwę "gajdy" rozpowszechnili najwięcej prawdopodobnie Cyganie, ponieważ poza granicami ich wędrówek nie jest ona w użyciu. Z tem wszystkiem jednak pocho­dzenie dud jest azjatyckie. Badania naukowe (głównie prof. Curta Sachsa) wskazują na Indje, jako ko­lebkę dud, podobnie jak zresztą wielu innych instrumentów muzycznych.

Dudy odbyły zresztą w samych Indjach kilka etapów swego rozwoju, od klarnetu zaopatrzonego sztywną komorą wiatrową (z bambusa, tykwy lub rogu zwierzęcego), w której to komorze mieściła się swobodnie wibrująca "trestka", aż do instrumentu w zasadzie identycznego z naszemi dudami, w których sztywną komorę wiatrową zamieniono na worek ze skory zwierzcej, uzyskując w ten sposób większą swobodę w dysponowaniu zapasem powietrza wchodzącego pod naciskiem worka w piszczałki. Pier­wotnie wszystkie piszczałki w dudach były zespolone i ujęte razem, później (prawdopodobnie już w Europie) oddzielono je. Stało się to w wiekach średnich. Cały ten proces przetwarzania budowy dud jest niezmiernie interesujący; czytamy o nim w dziełach specjalnych H. W. G. Flood'a (The Story of the Bagpipe, Londyn 1912) i Curta Sachs'a (Handbuch der Musikinstrumentenkunde, Lipsk 1920 i Geist und Werden der Musikinstrumente, Berlin 1929). Do tych wybitnych publikacyj odsyłam czy­telnika; wymieniona tam jest szczegółowsza litera­tura przedmiotu.

Dudy są dziś rozpowszechnione niemal w całej Europie, ponadto w Azji południowej od Indyj po Egipt i w Afryce północnej (Egipt, Tunis). Nie zna ich Azja północna, Ameryka i Australja. W Europie należą dudy do wygasających już instrumentów ludowych. Mimo to spotyka się je na Bałkanach w Ru­munji, na Węgrzech, we Włoszech, Dalmacji, Szwajcarji, Hiszpanji, Anglji (zwłaszcza Szkocji), częściowo też we Francji ("biniou"). Znano je dawniej w Cze­chosłowacji i Niemczech. Wszędzie występowały i występują dudy jako instrument pasterski, Cel­towie jednak posługiwali się niemi także w wojsku, a w ślad za nimi poszli Szkoci. Ich górskie pułki ("Highlanderzy") posiadają orkiestry złożone wyłącznie z dudziarzy. Jest to ich specjalność, oparta na starej, ściśle przestrzeganej tradycji. Nie­bawem jednak nie będą już stanowili wyjątku, jak się przekonamy z dalszego ciągu tego artykułu.

Na ziemiach Rzeczypospolitej Polskiej znajdujemy dudy tylko na kresach południowych i zachodnich. Znają je nadal Huculi, tworzący z północno­rumuńskimi dudziarzami jakby jedną muzyczną rodzinę; wraz ze Słowakami uprawiają kult muzyki dudowej nasi Podhalanie z pod Tatr, choć kult ten ogranicza się dziś niestety tylko do jednego lub dwóch dudziarzy. Daleko więcej dudziarzy zna Żywiecczyzna, gdzie spotyka się nieraz zespoły dudziarzy, prawdziwych wirtuozów na tych instrumen­tach. Wielu dudziarzy żyje jeszcze w Wielkopolsce (np. w okolicach Ostrowia). Podobnie jak dawniej podhalańscy dudziarze odwiedzali w dnie jarmaczne Kraków, tak dziś wielkopolscy przybywają do Poznania i koncertują po podwórzach. Reszta Polski zarzuciła dudy, pozbawiając się w ten sposób bardzo interesującego czynnika muzyki regjonalnej, co więcej - pozbawiając się równocześnie jednego z tych instrumentów muzycznych ludowych, jakie w dawnej Polsce należały do najpopularniejszych, najulubieńszych. Były czasy (w XVI i XVII wieku), gdy polskie dudy posiadały jakąś odrębność w budowie, skoro niemieccy pisarze ówczesni wspominali o "polnischer Bock" i "Dudey" (dudy). O dudach i muzyce dudowej pisze wielu naszych staropolskich poetów. Warto poznać przynajmniej w wyjątkach ich opinje, zanim wyczerpująca i obszerna praca da możność poznania staropolskiej muzycznej kultury.

II.
Byłoby może zbyt daleko idącą dokładnością wymienić w tym artykule wszystkie, niezmiernie liczne w staropolskiej literaturze wzmianki o dudziarzach i dudach, nazywanych tam niekiedy także bąkiem (jest to nazwa basowej, bordunowej piszczałki dud, przeniesiona na cały instrument) lub też niekiedy multankami (nazwa przeniesiona z innego instrumentu dętego na dudy). Nadawałoby się to do osobnej pracy o staropolskiej ludowej, mieszczańskiej i szlacheckiej kulturze muzycznej. Staro­polskie przysłowie a raczej powiedzenie: "niedźwiedź zdechł, dudy w miech" zachowało się do dnia dzi­siejszego. Odnosi się ono do karpackich i zakarpackich niedźwiedników, którzy chodzili po polskich wsiach, miastach i dworach z niedźwiedziami i dudziarzami, przygrywającymi niedźwiedziom do tańca (istniał tez osobny "taniec niedźwiedzi", w Niem­czech: "Bärentanz"). Inne jeszcze, dziś również spotykane powiedzenie, ujął w wierszyk poeta polski z początku XVII. wieku, Dzwonkowski:
"Muzyk muzyka szanuj, dworzanin dworaka,
Nie kpij duda z balwierza, ni woźnica z żaka".

Kilka innych jeszcze (z pośród wielu) powie­dzeń można tu przytoczyć: "Nie możesz być szyposzem (trębaczem), bądź dudą, bądź klechą" (Potocki), albo "Zaniechaj regała, jeśli i na dudach zabeczeć nie umiesz" (Opaliński), albo "Dudy bez kozła (główki z różkami koziemi), bez dud nie bywa biesiada" (Potocki). Istotnie, muzyka dudziarza zabawiała i szlachtę i lud wiejski przy ucztach we dworze i karczmie. Świadczą o tem takie wierszyki staropolskie, jak n. p.:
"Wtenczas przyjdzie z bąkiem duda,
W opiłego pośród luda,
A gdy w skrzypki zarzępolą,
Fraszka Orland ze swą wiolą". (Kochowski)

albo:
"A gdy koniec półmisków zejmą i obrusy,
Znowu bąk z miejsca swego młodzików poruszy". (Miaskowski)

albo wreszcie:
"Więc nieflegmatycznego dla biesiady luda
Staw beczkę na kominie, a niech przyjdzie duda". (Kochowski).

Wesołymi ludźmi musieli być ci staropolscy dudziarze, skoro W. Potocki układa o nich następujący wierszyk:
"Drabowi, hultajowi albo dudzie z gądkiem (t. j. skrzypkiem)
Niemasz różnicy między niedzielą a piątkiem".

Miewali wskutek tego niezłe zarobki, skoro ten sam Potocki mówi do szlachcica, chwalącego się grą na gitarze: "A czemuż nie (umiesz grać) na dudach? Prędzejbyś zarobił". Istotnie, musieli du­dziarze mieć spore zarobki, skoro już za Batorego sejm polski uchwala osobne podatki, które mają opłacać (24. grosze rocznie). Charakterystyczną wzmiankę o dudziarzach utrzymywanych przez szlachtę czytamy w pewnym rękopisie z r. 1690: "Dudę wolno będzie chować, chociaż zje za dwoje psów, a wypije za dziesięć wołów, bo mniejszym mytem go (pan) odprawi niż organistę, bo dudy nie tak drogie, gdy kozioł po śmierci wrzeszczy a woźnica (t. j. dudziarz) go drażni" (gdy palcami przebiera po piszczałce, a ramieniem naciska worek dud zrobiony ze skóry kozła). Albo czyż nie świadczy o powo­dzeniu dudziarzy wierszyk M. Bielskiego (1587): "Lepiej miech groszem nadmiesz, niźli wiatrem dudy" co i dziś możnaby uznać za słuszne, gdy ostatni dudziarz Podhala Skalnego pobiera opłatę za pozwolenie fotografowania się z grupkami tatrzańskich snobistycznych "ceprów".

Że dudziarze w starej Polsce byli niezmiernie popularnymi typami i że ich popisy zachwycały uszy szlachty od bardzo dawnych czasów, dowodzi wier­szyk Kochowskiego:
"Dobreż to staroświeckie Polaków zwyczaje,
Przy posiedzeniu słyszeć skrzypce, szałamaje,
Lub domowy zaśpiewał kto umiał przy dudzie,
A miejsca nie bywało fałszom i obłudzie".

I Potocki również opowiada nam, jak to na wsi "duda grał, a baby śpiewały o bieniu" (swawolna piosenka). Ten sam Potocki nie ma słów zachwytu nad taką muzyką, gdy pisze: "To jest największa sława, to są cuda,
Najwyższe może, gdy tak wdzięcznie duda
Wiejski z łaski mej zagra na multankach,
Jako ćwiczony lutnista przy pankach".

Wtóruje mu K. Miaskowski:
"Ale nie masz nad nasze z krzywym rogiem dudy,
Bo te może mieć zawsze i pachołek chudy.
A też nie tak napełnią ciche struny ucha,
Jako one, gdy puszczą ogromnego ducha".

Należy bowiem wiedzieć, ze dudy bywały różnej wielkości, od małych "dudek" do "ogromnych". Zdawano sobie sprawę z tego, że gra artystyczna na wioli jest czemś o wiele wyższem niż gra wiejskiego dudziarza i słucha się tej ostatniej tak, jakby "po senacie słuchał kto hajduka" (Potocki) i że "wielkie (mi) cuda, gdy w bąki dmie, przebiera na piszczałce duda" (tenże), ale umiłowanie muzyki ludowej, rodzimej, polskiej muzyki ludowej pozwalało mieć zrozumienie dla sztuki wyższej i ludowej. I jak w nowszych czasach skrzypek cygański umiał swą grą wyłudzić ostatnie grosze od rozentuzjazmowa­nego amatora gry cygańskiej, tak w dawnej Polsce tej samej sztuki dokonywał dudziarz, do którego już Mikołaj Rey zwraca się z apelem: "Już nie piskay dudo, bo w nim (t. j. w mieszku, w sakiewce) bardzo chudo".

Tych niewiele cytatów, wyjętych dorywczo z wielkiej mnogości źródeł, wystarczy, aby przekonać czytelnika o ogromnej popularności dudziarzy w starej Polsce. Możnaby jeszcze przytoczyć równie wielką ilość z tekstów kolędowych i z pasterałek staropolskich, ale brak miejsca nakazuje nam odesłać czytelnika do interesującej rozprawki Dra M. Szczepańskiej p. t. "Humor w staropolskiej kolędzie" (Lwowskie Wiadomości Muzyczne i Literackie, 1933, nr. 70), gdzie o tem mowa obszernie.

Jak już poprzednio o tem była mowa, dudziarze i muzyka dudowa należą dziś w Polsce do rzadkosci. Znajdujemy ich jeszcze na Huculszczyźnie, na Skalnem Podhalu i w Żywiecczyźnie oraz w Wielkopolsce, a więc na południowych i zachodnich kresach Rzeczypospolitej. Jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku było inaczej. Gdy Goszczyński (1832) zwiedzał Podhale, mógł zaliczyć dudy do "narzędzi muzycznych najpowszechniejszych między góralami"; grywali na nich "muzycy błędni" (wędrowni). W r. 1845 stwierdza badacz Podhala, Zejszner, że dudziarze wraz z żeńcami góralskimi wędrowali aż za Warszawę, pod Pułtusk i Płock. Przybywali tez oczywiście i do Krakowa: "ożywia się nagle całe miasto, każdy poczt górali długiemi kosami opatrzony po­stępuje z grajkiem na kozie..." Jan Karłowicz (ojciec, Mieczysława) spotyka ich w r. 1889 w b. gubernji siedleckiej. Dziś jest inaczej. Tylko w Wiel­kopolsce, w Żywiecczyźnie i na Huculszczyźnie kwitnie gra na dudach, chętnie słuchana przez tubyl­ców i letników, o ile są zamiłowani w folklorze mu­zycznym i mają dla niego zrozumienie.

Nie można dziwić się, że pomiędzy tekstami ludowemi (starszemi) na Podhalu znajdujemy wiele tekstów dotyczących dudziarzy i gry na dudach. Popularne są też ludowe obrazki na szkle, przed­stawiające grupę zbójników, którym przygrywa du­dziarz. Zbójnicka piosenka nadająca się do rytmiki tańca zbójnickiego każe zbójnikowi wołać do dudziarza:
"Tak mi dudaj, tak mi graj,
Na me nózki poziéraj".

W innym tekście zbójnicy wołają do dudziarza:
"Janicku z dudkami
Zwerbuj sie, pódź z nami
Na drugą dziedzinę
Pociesyć dziewcynę".

Ale i życie pasterskie na halach rozweselała gra dudziarza, jak się dowiadujemy z innego tekstu:
"Zadudáj dudasku
Na nasym sałasku,
Lebo mi zadudáj
Lebo mi dudki dáj".

I sam dudziarz śpiewa niekiedy o swoich dudach:
"Grájcie mi dudzicki
Z téj siwéj kozicki,
Co mi się zabiła
Z wysokiéj turnicki".

Zwolna jednak i wśród ludu podhalańskiego zamierało upodobanie do muzyki dudziarzy. Napływ "kultury" usuwał zabytki swoistego kultu muzycznego. Po roku 1920 można było w okolicach Zakopanego słyszeć dwóch tylko dudziarzy, starców. Jeden z nich, Gąsienica Gładczan, zmarł w r. 1922. Jeszcze przy końcu swego życia doznał afrontów. Wspomina o tem Władysław Orkan w swym pięknym zbiorze szkiców p. t. Warta (str. 42), pisząc:
"Ostatni kobziarz zakopiański, Gładcan, czując w kościach śmierć bliską, zeszedł jeszcze z kobzą swą po raz ostatni między ludzi: zagrać im, dawną zbaczyć sławę. Usiadł przed pocztą na ławce - kobzę zgrabiałemi ręcami nastraja. Otoczyła go młódź fiakierska, pijana - jeden przez drugiego drze się nad uchem kobziarza nieswoim głosem. Publika po­wojenna, przechodząc, patrzy z pogardą na to cudowisko; ten i ów, widząc dziada, rzuca mu jakąś monetę. Z pobliskiej kawiarni wydziera się hałaśliwy łomot murzynskiej jazz-"muzyki". Opadły ręce kobziarzowi. Zamglonemi oczyma toczy wokół - nie może pojąć: "Cy to ten świat - cy moze juz tamten"... Pocoś ...."dziadu" nieczekany, schodził ze swej wyży Gładkiej po raz ostatni ku ludziom? Insze dziś "dzieła", insze nuty. Twoje Zakopane zmarło..."

Przeżył Gładczana ostatni dudziarz starej daty, postać popularna w dzisiejszem Zakopanem, nazywana krótko Mrozem (z Poronina). Popularność tę zawdzięcza nietyle swej grze, ile swej typowości i swemu - nosowi: opiewanemu w żartobliwym wierszyku przez Jana Kasprowicza ("Mój świat" 1926, str. 159-161). Mróz grywał sobie zapewne dobrze i "stylowo", dopóki nie zetknął się z domorosłymi "reformatorami" i "konserwatorami" ludowej muzyki na Podhalu, inaczej mówiąc: ze złemi duchami tej muzyki. Niełatwo jednak przyszło mu przyzwyczaić się do mody letniskowej. Dla celów propagandowych wożono go po Polsce i za granicę (nie wiedząc widocznie, ze w Polsce istnieją daleko lepsi dudziarze, podobnie jak za granicą; ale już sama postać budzi zainteresowanie). O nim to pisze Kasprowicz:
"Widzę go dzisiaj, jak ongi,
W karczmie u Jaśka Bugaja,
Jak siada sobie w kąciku
I swoją kobzę nastraja.
Wydyma chude policzki -
Cudne to widowisko! -
Aż się mu trzęsie ogromne,
Płaskie, jak deska, nosisko!"

Oczywiście zwolna opanowywał go spokój wobec uśmieszków ceperskich, dziś ludzie (chciałem powiedzieć: snoby letniskowe) poszukują go. Czy dla jego gry? Nie! Pragną mieć fotografję, na której znajomi ujrzeliby ich wraz z Mrozem, jego smukłą postacią, długim typowo góralskim nosem i dudami. Można nawet opowiadać potem, że się z Mrozem i jego dudami było na Gerlachu.... Efekt to niekosztowny, kosztuje kilkadziesiąt groszy za pozwolenie Mroza, aby się z nim uwiecznić na fotografji. Ale kto widzi to ceperstwo i kabotyństwo, ten przypomni sobie zakończenie wierszyka Kaspro­wicza, włożone w usta Mroza:
"Nie lepiej ci było grywać
W karczmie, u Jaśka Bugaja,
Gdzie się, bywało, twój nochal
I gęba do kobzy dostraja?
Nie lepiej ci było grywać
Na chrzcinach, czy na weselu,
Gdzie nogi twe tupać umiały,
Zwłaszcza po szklance chmielu!
Hej Mrozie, ty głupi Mrozie!
A może najlepsza jest droga
Mieć kobzę tylko dla siebie,
No i dla Pana Boga".

Ale Mróz nie jest taki głupi: umie wyzyskiwać - i to słusznie - zakłamany snobizm letników wszelkich wyznań religijnych i oświecenia publicznego. Inni zaś górale, widząc, że można na dudach zarobić nawet nie używając ich zawsze do gry, starają się nauczyć grać na nich skoro już nie dorównują Mrozowi ani wzrostem ani długością typowego nosa, uwiecznionego w wierszyku Kasprowicza. Można spodziewać się prawdziwego renesansu muzyki dud na Podhalu Skalnem. A gdy moda przeminie, powstaną "ofiary"... nowej mody.

Późnem latem r. 1920, gdy wojna miała się ku końcowi, znalazłem się w Zakopanem. W pewne słoneczne popołudnie siedziałem przy miłej poga­dance z Kazimierzem Tetmajerem, ś.p. Władysławem Orkanem, Andrzejem Stopką i ks. Drem Ferdynan­dem Machayem z Orawy. Rozmowa zeszła na temat muzyki podhalańskiej, a to łącznie z odrębnością Podhala. Wtem przyszedł mi do głowy projekt, który mych towarzyszy zachwycił. Powiedziałem im, że pułki szkockich "Highlanderów", będące odpo­wiednikiem naszych pułków góralskich, posiadają orkiestry, złożone z samych dudziarzy. Orkiestrę taką miałem sposobność słyszeć na jej gościnnych występach w Monachjum. Nie sądzę, iżby nie można takiej samej lub podobnej orkiestry zaprowadzić w pułkach podhalańskich. Projekt mój podano dalej, w czem zwłaszcza ś. p. Wł. Orkan miał nienajmniejszy udział. Kilku działaczy podhalańskich, między nimi p. gen. Andrzej Galica, zajęło się sprawą o tyle, że na wiecach i zjazdach Podhalan poruszyli ją, obiecując zjednać dla sprawy czynniki rządzące wojskiem. Później jednak wszystko ucichło. Wido­cznie ważniejszemi były - i słusznie - inne sprawy. Dopiero w przeszlym roku odżyła sprawa... w Przemyślu, gdzie następca p. gen. Galicy w DOK. p. gen. Wieroński okazał dla niej nietylko wiel­kie zainteresowanie i zrozumienie, ale i większą niż inni energję w urzeczywistnieniu mojego projektu. Porozumienie przemyskiego DOK. z Muzeum Tatrzańskiem w Zakopanem, posiadającem szereg bardzo cennych okazów dud, kilka listów do pro­jektodawcy, oddanie sprawy sporządzenia dud panu Józefowi Negerowi, zainteresowanie referenta muzycznego kpt. Marjana Dorożyńskiego w Ministerstwie Spraw Wojskowych wystarczyły, aby sprawę doprowadzić do pozytywnego rezultatu... po 13 latach. Lepiej poźno niż nigdy. Pułki podhalańskie otrzymają dudy i dudziarzy. Armja Pana Marszałka będzie miała swą specjalność. W ślad za przemyskim DOK. powinny pójść i inne DOK., w których istnieją garnizony podhalańskich pułków. Można też wyrazić nadzieję, że i DOK. Poznań przypomni sobie istnienie dudziarzy wielkopolskich i pójdzie w ślady dywizyj małopolskich tem bardziej, że i tam próbowano już wprowadzić dudy do orkiestr wojskowych (według projektu prof. Dra Ł. Kamińskiego).

Starajmy się jednak zapoznać z dudami i ich właściwościami!

III.
Zapoznajmy się naprzód z dudami góralskiemi (podhalańskiemi), zanim dowiemy się, jak się przedstawiają dudy "zreformowane", "ulepszone", dla celów zastosowania ich w praktyce muzyki wojskowej. Do celu posłuży nam załączony tu "portret" Stanisława Mroza, grającego na dudach własnego wyrobu (rycina I). Dudy są instrumentem dętym, złożonym z czeterech zasadniczych części, rozpadających się znowu na części mniejsze. Jedną z nich jest worek skórzany, drugą zaś rurka drewniana lub kościana, przez którą grajek nadyma powietrzem worek aż do zupełnego jego wypełnienia. Nadymanie jest stałe i u dobrego dudziarza zgodne z tempem oddechu. Worek podczas gry jest trzymany pod ramieniem, którego naciskanie wypycha powietrze z worka do dwóch piszczałek, stanowiących resztę składowych zasadniczych części dud. (Na fotografji Mroza worek pozostaje przed ramieniem, tylko dla pokazu instrumentu, lecz nie gry na nim). W Żywiecczyźnie i Wielkopolsce dudy mają dodany osobny mieszek do nadymania worka, wskutek czego rurka, służąca do nadymania worka powietrzem z pomocą płuc i ust, nie jest potrzebna.

Dudy podhalańskie posiadają dwie piszczałki: jedną długą, wpuszczoną w worek i mocno (szczelnie) ze skóra worka obwiązaną; drugą krótszą, osadzoną w główce drewnianej, imitującej głowę kozy z rożkami i wpuszczonej w worek, z którym wzgl. z jego skórą również jest ta główka szczelnie związana. Dłuższa piszczałka, złożona z kilku części, wchodzących w siebie, wydaje jeden ton stały, nieprzerwanie towarzyszący granej melodji. Ten ton może być oczywiście zmieniany, zależnie od woli grajka. Mróz najczęściej stroi go w tonie B. Piszczałka ta jest nazywana bąkiem, która to nazwa dobrze charakteryzuje barwę jej dźwięku. Długa piszczałka jest zakończona wylotem w formie gruszki. Jej pozycja przy grze jest albo zwisającą ku ziemi albo też - co bywa najczęściej - piszczałka spoczywa na ramieniu grającego i wystaje ponad jego głowę, o ile jej długość jest wyjątkowo znaczna (jak n. p. w dudach używanych w okolicach Babiej Góry). - Piszczałka krótka, zwana gajdzicą (od wyrazu "gajdy" czyli dudy), zawiera trzy przewody, umieszczone w drewnianej lub metalowej rurce, która posiada siedem otworów. Jeden z nich dotyczy jednego przewodu, który wydaje przy stroju B bąka ton f' , brzmiący stale; drugi zaś otwór odnosi się do drugiego przewodu, który w tym stroju wydaje stale brzmiący ton b' . Reszta otworów (5) należy do trzeciego przewodu, który wydaje tony c", d", es", f", g". Mechanizm tej piszczałki jest więc klarnetowy (stroik trzcinowy w każdym przewodzie). Oto wszystko, co możnaby powiedzieć o budowie dud podhalańskich.

Nie mogę sobie odmówić zacytowania charakterystyki gry Mroza na dudach, podanej przez znakomitego kompozytora i twórcę symfonji tatrzańskiej ("Obrazy na szkle"), Michała Kondrackiego, w jego pracy p. t. "Współczesna muzyka góralska na Podhalu i Żywiecczyźnie" (w "Kwartalniku Muzycznym", nr. 14-15, Warszawa 1932, str. 568): "Ostatni przedstawiciel tego "fachu", stary i zasłużony góral, Mróz, z Poronina, prawdopodobnie niegdyś znakomity muzyk, nawpół zrośnięty ze swojemi dudami i z wielkim zapałem jeszcze na nich grywający, daje bardzo niedoskonałe pojęcie o grze na tym instrumencie, wskutek zgrubienia i zesztywnienia palców i niemożności wygrania najbardziej charakterystycznych biegników i ciekawszych rytmów, zagłuszając wszystko przesadnem burczeniem basu. Przytem znać na nim niestety także wpływy mody zewnętrznej i zmanierowanie pieśniami przygotowanemi na zamówienie dla "ceprów", t. j. obcych przybyszów. I on uległ wpływom "złych duchów" muzyki góralskiej, jak się ktoś wyraził". O wiele wyżej w grze na dudach stoją dudziarze z okolic Babiej Góry i z Żywiecczyzny, o których ten sam autor pisze w swej pracy charakteryzując trafnie barwę tonu w dudach jako pośrednią między brzmieniem klarnetu i rożka angielskiego i dodając również, że strój dud nie jest temperowany, tony wahają się też nieraz między dwoma półtonami (n. p. między VI i VII stopniem gamy). Niezmiernie interesujący jest też jego opis gry na dudach w Żywiecczyźnie: "Dudziarz zaczyna zwykle od akordu w pozycji kwinty, alternując tony, wchodzące w jego skład, z sąsiednią zwiększoną kwartą, czwartym stopniem podwyższonym a szóstym, poczem opuszcza się na drugi, który brzmi jak trzeci obniżony, zahaczając to o ton prowadzący z dołu, to o trzeci i pierwszy, podwyższone o półton (mała tercja) z góry, w rytmie bardzo figlarnym i rubasznym i częstemi synkopami... Dominują tu skoczne nuty skrzypcowe, to rubaszne figle i biegniki dud, na dyskretnem oparciu peda­łowej nuty, przyczem im lepszy jest dudziarz, tem mniej do­kuczliwe jest burczenie basu. Gra na dudach odbywa się legato; bas wydaje burczenie nieprzerwane. Dudziarze jednak umieją wygrać także znakomite staccato zapomocą uderzenia łokciem po miechu dud przy jed­noczesnem przerywaniu tonu pedałowego i niezmiennych biegnikach na klarnetowej piszczałce. Powstaje wskutek tego efekt prawie groteskowy, zupełnie odmienny co do charakteru i kolorytu, oraz rytm napół synkopowy, trochę przypadkowy, tu przyspieszony, tu zwolniony, a to dzięki pewnej niedołężności w urywanych nutach basu, porywającego się do lekkości i dorównania o wiele lżejszemu i zręczniejszemu klarnetowi". (O dudach i grze na nich na ziemiach Wielkopolski nie posiadamy dotąd szerszych wiadomości. Niewątpliwie można ich oczekiwać ze strony Prof. Dra Lucjana Kamieńskiego, jako badacza muzycznej etnografji Wielkopolski i Pomorza).

Z chwilą, gdy dudy miały stać się instrumentem orkiestrowym, musiały ulec w swej budowie zmianom, któreby przedewszystkiem rozszerzyły znacznie pojemność t. j. rozciągłość skali. Nie można było pozostawić seksty jako maksymalnej pojemności w piszczałce melodyjnej, nie można tez było ograniczać się nadal do skali djato­nicznej. Pozostawiono wprawdzie stały ton bąka i drugiej piszczałki basowej (B lub Es; por. rycina 11.), ale stosując mechanizm klarnetowy dano piszczałce melodyjnej (strój es klarn.) pojemność decymy wielkiej ze wszystkiemi tonami chro­matycznemi (por. rycina III). Po­nadto wprowadzono do piszczałki basowej małą zatyczkę (według projektu kpt. M. Dorożyńskiego) która w razie potrzeby (zmiana tonacji i t. p ) usuwa ton basowej piszczałki. Pozostawiono zewnętrzny wygląd dud (por. rycina IV). Tylko piszczałki ze swemi otworami i klapami są niemal identyczne z klarnetem; podobnie zresztą jak w dudach szkockich Highlanderów. Z tem wszystkiem barwa dźwiękowa nie uległa takiej zmianie, któraby na siebie zwracała uwagę w porównaniu z dudami góralskiemi. Oczywiście już to wszystko, cośmy o budowie zmodyfikowanych dud powiedzieli, wskazuje samo przez się na konieczność wykonywania utworów conajmniej przez dwóch wojskowych dudziarzy: jedne dudy bowiem muszą posiadać basowy ton pod­stawowy es, - drugie zaś b. Że użycie dud na wolnem powietrzu będzie wymagało dwóch par dudziarzy, aby ton stał się donośniejszym, jest rzeczą również zrozumiałą. Wyuczenie większej ilości grających na dudach w orkiestrze pułkowej nie leży w sferze niemożliwości, tem bardziej, że i zapobieżenie niespodziankom osobistej natury każe mieć w rezerwie piątego dudzia­rza, mogącego w każdej chwili zastąpić jednego ze stałych czterech. Z tem będzie się musiała liczyć każda orkiestra pułkowa podhalańskich dywizyj.

Kilka jeszcze uwag odnośnie do posługiwania się dudami. Jak powiedzieliśmy wyżej, piszczałka melodyjna w zreformowanych dudach jest w stroju identyczna ze strojem klarnetu es. Stąd dokładność stroju dud będzie można najłatwiej sprawdzić przez przegranie gamy wespół z klarnetem es, aby w razie niedokładności można było, przez przesunięcie w górę lub w dół czerwonej "owijki" przy ustniku piszczałki dud, osiągnąć czystość stroju. Bliższe zapoznanie się z instrumentem pozwoli dudziarzowi osiągnąć rutynę w strojeniu. W każdym razie trzeba pamiętać o tem, że w tych sprawach instrument przedstawia się jako wymagający bardzo subtelnego traktowania i ostrożnego obchodzenia się z nim. Oczywiście naprzód musi być uregulowany strój piszczałki melodyjnej, potem dopiero basowej (małe wysunięcie rurki basowej obniży zbyt wysoki strój piszczałki basowej). Na strój ma wpływ także sposób naciskania worka dudowego. Jego miarowość i regularność decyduje też o czystości stroju. Stroiki będą zawsze stanowiły przedmiot szczególnej troski starannego dudziarza: pył i wilgoć są wrogami, których usunięcie wymaga jak największej ostrożności.

Należałoby z kolei zastanowić się nad sposo­bem zastosowania dud W orkiestrze wojskowej. Jest to jednak temat sam dla siebie, który jeszcze będziemy mieli sposobność omówić. Na jedno tylko musimy zwrócić uwagę już w tem miejscu: jeśli dudy nie mają być niemi tylko "na oko", będąc w rze­czywistości inaczej wyglądającym klarnetem, - jeśli wprowadzenie ich do orkiestr pulków podhalańskich nie ma być tylko czemś w rodzaju muzycznego go­dła, czemś w rodzaju swastyki i kapelusza z piórem, - jeśli zatem wprowadzenie dud ma być nie tylko symbolem łączności dywizyj i pułków z górami, lecz i łączności z muzyką górską, to tem samem program muzyczny tych orkiestr dostosuje się do faktu wprowadzenia dud. Nie jest to wcale rzeczą tak łatwą, jakby się zdawać mogło. Utwory, które będą wymagały użycia dud, nie będą mogły nie być stylowemi, nie będą mogły przemawiać fałszowaną gwarą muzyczną Podhala, a więc muzycznym językiem okaleczonym i śmiesznym. Równocześnie będą musiały posiadać i muzyczną wartość choćby ze stanowiska "praktycznej estetyki", nie sięgającej w wyżyny, ale i nie będącej obrazem poniżenia dobrego smaku. Dlatego sprawa przyszłego repertuaru "podhalańskiego" w orkiestrach pułkowych winna być roz­patrzona przez odpowiednie grono osób ze świata muzycznego, którym nie może być obojętnym stan kultury muzycznej w naszych orkiestrach pułkowych.


©Rafał Miśta - Dudziarstwo.pl 2025